Muszę przyznać, że tym razem przesadziłam. Rozumiałam dlaczego ojciec wysłał mnie do Walii... Zresztą czasu się nie cofnie i życia nie odda. Westchnęłam, wyjechaliśmy właśnie z lasu. Spojrzałam na zamek, już w myślach widziałam te stada pustych księżniczek i krnąbrnych książąt. Poprawiłam kaptur i popędziłam Isleen. Jechałam tuż obok rycerza który mnie eskortował.
-Księżniczko... - Zaczął niepewnie woźnica.
-Sam sobie jedź w tej skrzynce. Ja nawet nie zamierzam tam wchodzić. - Powiedziałam pewnie. Nienawidziłam jeździć karocą, nikt mnie tam nie wsadzi chyba, że siłą. Lecz kto podniesie na mnie rękę ten ją straci. Za pomocą mojego ostrza lub ludzi ojca.
Późnym popołudniem dojechaliśmy do fortecy. Wpuszczono nas bez żadnych przeszkód, zeskoczyłam z konia. Razem ze mną przyjechało trzech rycerzy i dwóch woźniczych. Rozejrzałam się po dziedzińcu na którym kręcili się ciekawscy ludzie. Zatrzymałam wzrok na ogromnych drewnianych drzwiach. Po chwili otworzyły się, ze środka wyszedł wysoki mężczyzna w towarzystwie niskiej młodej kobiety. Podszedł do powozu i otworzył drzwi, ku jego zdziwieniu nie było nikogo w środku.
-Gdzie jest? - Warknął na woźnicę.
-Nie rozumie co do niego mówisz. - Podeszłam do księcia, stał on do mnie tyłem. - A osoba która powinna siedzieć w karocy, stoi teraz za Tobą. - Odwrócił się szybko. Przyjrzał mi się uważnie. Miałam na sobie ciemne spodnie, białą koszulę oraz płaszcz z kapturem.
-Książę Ryan Carol Lee, obecny władca tronu Walii. - Uroczyście mi się przedstawił. "Zaczyna się." pomyślałam.
-Księżniczka Nora Ida Joyce. Następczyni tronu Anglii. - Złożyłam mu uroczysty ukłon na powitanie. Musiało wyglądać to komicznie. Dziewczyna ubrana w byle co wie jak poprawnie się przywitać.
-Odprowadzić konie. - Zarządził. - Zapraszam do środka.
-Dziękuję lecz muszę jeszcze pilnie udać się do stajennego. - Uśmiechnęłam się i ruszyłam do mojej klaczy. Jakiś chłopak trzymał wodzę Isleen.
-Pani. - Powita mnie.
-Tak, tak. - Przewróciłam oczami. - Musisz na nią uważać, jeśli jej coś się stanie nie gwarantuje, że dożyjesz jutra. Tak poza tym nie radzę Ci jej dosiadać czy coś. Mało przyjemny jest upadek z takiej wysokości. Później sprawdzę co się z nią dzieje. - Poklepałam konia po szyi, ta zarżała i uderzyła kopytem o kamienie. Przyspieszyłam kroku i dołączyłam do Ryan'a na schodach przed budynkiem. Weszliśmy do środka, majordomus zaprowadził mnie do mojej komnaty. Wzięłam z niej swój łuk oraz nóż. Wyszłam i zaczęłam się kręcić po zamku, po czym udałam się do swojej klaczy. Chłopak podskoczył na mój widok. Ruszyłam pewnie korytarzem wzdłuż boksów. Stajenny szedł tuż za mną. Po chwili oboje byliśmy już przy mojej Isleen.
-Za dobrą robotę. - Rzuciłam chłopakowi kawałek chleba. Jego czy zrobiły się ogromne.
-Dziękuję Ci Pani. - Ukłonił się jak typowy chłop.
-Osiodłaj ją. - Poleciłam. Nawet nie zdążyłam zauważyć kiedy koń był gotowy do jazdy. Muszę przyznać, że szybki i zwinny młodzieniec z niego.
Wskoczyłam w siodło i ruszyłam przed siebie, wyjechałyśmy z terenu fortecy i ruszyłyśmy w las. Mimo długiej i ciężkiej drogi klacz była jeszcze na siłach. Nagle Isleen stanęła i położyła uszy po sobie.
-Co się dzieje? - Klacz intensywnie wpatrywała się w gęste krzaki, ryła kopytem ziemię coraz tylko przestępowała z nogi na nogę. -Kto tam jest? - Krzyknęłam i zaczęłam celować z łuku przed siebie.
Ktoś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz